Indie - dlaczego dam nie wrócę

Zaktualizowano: 8 paź 2020

Otóż po dwóch miesiącach przepracowanych w najniebezpieczniejszej dzielnicy Guatemala City i samotnej podróży przez pół Ameryki Południowej zaczęłam podróżniczo chojrakować., Kupiłam sobie bilet do Pekinu, a wrócić miałam parę miesięcy póżniej z Delhi przejeżdżając prawie całe Chiny, Tybet, Nepal i część Indii. W Pekinie miałam spotkać się z Filipem - niemieckim przyjacielem poznanym w Peru, zaraz na początku mojej południowoamerykańskiej podróży i zwiedzić z nim tenże oraz Shanghai. Resztę miałam przejechać samotnie. Właściwie każdy kto o tym słyszał pukał się w głowę. Jak bardzo mieli rację dowiedziałam się dopiero na miejscu. W Chinach wielokrotnie ryczałam na krawężniku, a Indie poszarpały mi serce jak mięso w kanapce z szarpaną wieprzowiną. Ta podróż to była naprawdę najtrudniejsza rzecz jaką sobie zafundowałam, ale dzięki niej wiem, że mogę wszystko. Po Chinach to wiem, szczególnie.. O nich jeszcze pomarudzę kiedyś - bo tam sporo jest ciekawych rzeczy do poopowiadania włącznie z dwoma aresztowaniami, ale teraz... INDIE.. i dlaczego tam raczej nie wrócę.




Przekraczając granice Tybetańsko - Nepalska, byłam już skrajnie wykończona. Naprawdę radośnie przeskoczyłam (dosłownie) granicę wykrzykując głośne "kurwa nareszcie". Nepal był zbawieniem. Jest małym i pięknym, przyjaznym krajem, wiec był jak wakacje po tych Chinach. Wakacje od wakacji. Dobrze się tam bawiłam. Jeszcze czekały mnie Indie, ale już tu w Nepalu ostrzegano mnie, że samotna biała dziewczyna w Indiach to nie jest dobry pomysł. No i... zaczęłam się dygać. Głównie, że znów dostanę w kość fizycznie, Okazało się, że będzie to zupełnie inny wpierdol. Anyway, mam dowód na to ze los daje Ci dokładnie tego czego akurat potrzebujesz. Na Noelię - samotnie podróżującą hiszpankę - wpadłam dokładnie dzień przed przekroczeniem granicy. Noelia jechała do Indii nie pierwszy już raz i miała bilet powrotny do Europy tego samego dnia co ja, Z Delhi, tak jak ja. Granicę przekroczyłyśmy już razem i tuż za nią przekonałam się jak znakomity był to pomysł. Noelia ratowała mi tyłek jeszcze parę razy potem, ale ja nie o tym, bo "scam" czyli grzecznie mówiąc - nabieranie takich naiwniaczek jak ja - jest dość powszechne w wielu krajach, nie tylko w Indiach. W Indiach było jeszcze coś czego nigdy do tej pory nie widziałam na TAKĄ skalę i to skalę, której się kompletnie nie spodziewałam. BIEDA.


Pierwszy raz serce połamało mi się na peronie w Varanasi. Pominę tu opisy powszechnie żebrzących dzieci, starców, ludzi bez kończyn, albo wręcz korpusów jeżdżących na deskach z dokitranymi kółkami - i to nie zawsze równymi. Do tego wszystkiego zdąrzyłam przywyknąć. Przywykłam też do kupowania świeżych warzyw tuż obok rozkładającej się krowy i ślizgania się na gównie jedną nogą, a lądowaniu drugą w samym centrum innego gówna. I to w japonkach. Serio, to mnie już nie ruszało. Na peronie w Varanasi, Noelia i ja, czekałyśmy na pociąg do Amritsar, bo ja zamarzyłam o zobaczeniu Złotej Świątyni. Ponieważ nikt nie wiedział o której ów pociąg ma się pojawić, o ile się pojawi, to poradzono nam by się rozłożyć i czekać. Ile - nie wiadomo. Nieopodal nas rozłożyła się grupka pielgrzymów z workami pełnymi ryżu. Posiedzieli, pogadali, poszli zostawiając na peronie śladowe ilości ziarna, które wysypało im się z worków. Chwile pózniej podeszła do nas matka z około siedmioletnią córką. Poprosiła o pieniądze. Jak wszyscy, jak co minutę. Jak wszystkim - odmówiłyśmy. Odeszły. Zrobiły kilka kroków. Matka spoglądając na peron wyciągnęła chustęczkę do nosa - taką szmacianą, jakich u nas juz nie ma i spokojnie razem z córką zaczęły zgarniać w tę chustkę wysypany na peronie ryż ... Naprawdę nie wiem jak opisać co mi się wtedy przewaliło przez głowę i przez całe ciało. Przez moment trawiłam tę rzeczywistość, a potem po prostu sięgnęłam po całą zawartość portfela i podbiegłam im ją wręczyć, Wróciłam, usiadłam kolo Noelii i się rozwyłam.



* Gdy już zobaczyłyśmy Golden Temple (przepiękna sprawa), odwiedziłyśmy Dalai Lamę w Dharamsali, przejechałyśmy się motocyklami do Malany (przecudna, autonomiczna od Indii, wieś wysoko w górach, w której rośnie najlepszy hasz na świecie i nie można nic ani nikogo doktykać pod karą olbrzymiej grzywny, a mieszkańcy wierzą, że są potomkami Aleksandra Wielkiego), no i gdy poćwiczyłyśmy jogę w Rishikesh, zaczęłyśmy powolny powrót do domu. Pociągiem. Najpierw do Delhi, a potem wiadomo - samolot. Po kolacji w pociągu (trzeba ją sobie kupić), Noelia znienacka kupuje dwa kolejne zestawy. "Przed chwila jadłyśmy" - zagajam. "Chodź, coś Ci pokażę!" - odpowiada. Po drodze do toalety, w tym zespojeniu pomiędzy wagonami, siedziało dwóch ziomów - lat 6 i 8. Poprzytulani, samotni, przestraszeni, Powiedzieli Noelii, że nie mają rodziców, tylko siebie. I jadą po lepsze życie do stolicy. Ten duplikat kolacji był dla nich. "Kurwa mać! No, kurwa mać!" ... Zabrałyśmy chłopaków z tego "miedzywagonia" do siebie do przedziału i położyłyśmy ich spać. Nie było łatwo - pociągowi się stawiali, ale my stawiałyśmy się bardziej - bo tyle mogłyśmy zrobić; doeskortować ich do Delhi, Każdy następny krok w którąkolwiek stronę był przechujowy. Zostawić źle, zabrać na dwa dni?? Potem serce pęknie jeszcze bardziej, a oni niepotrzebnie dostaną nadzieję. Zabrać na zawsze się nie da; zawsze dupa z tyłu. W Delhi zaopatrzyłyśmy ich jeszcze w jedzenie i trochę słodyczy by minimalnie osłodzić im ten paskudny los. Zostawiłyśmy ich tulących się na peronie, a ja znów miałam ochotę roztrzaskać sobie o niego głowę.


Nienawidzę Indii", "nie znoszę tego co mi robią z głową", "ja się do tego przyzwyczajam" , "wzyszcy tu żebrzą i to mnie wkurwia, a nie jest mi ich żal" - chodziło mi po głowie. "Kurde właściwie to nawet byłabym w stanie kopnąć ten korpusik na desce z doczepianymi kółkami, bo naruszył mi terytorium" - zaczynałam praktykować kompletną znieczulicę. Uzwyczajniałam tę biede. Po miesiącu oglądania tysięcy żebrzących ludzi bez rąk, nóg, na wózkach lub rzeczonych już deskach, zaczynałam praktykować kompletny brak empatii i przez to - nielubić siebie. "To nie jest dobrze" - pomyślałam odbierając od jakiegoś bogatego hinduskiego pana kawę na lotnisku. Postawił mi ją bo okazało się ze rupii mam za mało by ją sobie kupić, a kartą się nie da. Kosztowała tyle że spokojnie możnaby za taką kawę wykarmić uliczną rodzinę przez parę dni. Ja białaska na ślicznym Delhijskim lotnisku dostaję te kawę od ręki, a rodzina na ulicy w centrum miasta musi zbierać ryż z peronu. "Ja zaraz oszaleje. Nie dam rady już tego drugi raz" - tak żegnałam się z Indiami, a miałam jeszcze cała tę daleką północ w planach, no i ogromne południe.


P.S. Właściwie prosto z Indii, wróciłam do reżyserki telewizyjnej dużego festiwalu muzycznego z kupą lokalnych celebrytów. Dostałam po głowie w tej podróży, więc trochę byłam nieobecna. Co chwile obijałam się o jakieś nadmuchane ego - a to kiecka nie taka, nogi bolą od butów, albo w ostatniej chwili zbawiamy świat siedemsetnym poprawianiem, i tak doskonałego przecie, scenariusza. Reżyser, serią inwektyw drze się na operatora, który przeszwenkował "nie tam gdzie trzeba", a ten kadr, gdyby był poprawny, zapewnie zbawił by świat, W sumie pewnie nawet bym to rozumiała gdyby nie fakt, że miast tego myślę sobie o tym czy dwóch małych chłopców ma co jeść i gdzie spać w Delhi. .