Chiny. pewnie będzie w częściach więc część pierwsza.

NO TO TERAZ O CHINACH – NAJTRUDNIEJSZEJ PODRÓŻY W JAKIEJ BYŁAM. TAM WKURW ZAWSZE MIESZAŁ SIĘ Z ZACHWYTEM, A PŁACZ ZE WZRUSZENIEM – TEN PŁACZ CZASEM BYŁ Z ROZPACZY, A CZASEM OCZAROWANIEM ŚWIATEM KTÓRY NAPOTYKAM – MILION EMOCJI I JEDNA RZECZ Z KTÓRĄ Z CHIN WRÓCIŁAM – ŚWIADOMOŚĆ, ŻE JAK JE PRZETWAŁAM, TO PRZETRWAM WSZYSTKO. NAPRAWDĘ WSZYSTKO.

Byłam tam ponad miesiąc, więc pewnie podzielę ten miesiąc na parę części – a na bank na dwie – Chiny i Tybet. Nie, nie dlatego, że politycznie mi się to nie zgadza [choć o tym też będzie], ale dlatego, że w mojej głowie to są dwie zupełnie inne podróże. Dwie kompletnie inne inności. Ba, w Chinach wydarzyło się tyle, że niejedną podróż możnaby uznać za nudną, jakby ją przyłożyć do “skali Chin. ” Hm, pytanie tylko czy to tak jest zawsze w Chinach czy to tylko mi się tak przytrafiło?!

Wszystko zaczęło się od pomysłu Filipa – kumpla niemca, którego poznałam w Peru i z którym przejechaliśmy razem kawał Ameryki Południowej. Pomysł był taki byśmy się spotkali w Pekinie. Filip odwiedzał brata w Shanghai’u i z Pekinu mieliśmy razem pojechać tamże – bo… mamy metę:) “No spoko” – pomyślałam – “do Chin mnie jeszcze nie zaniosło, i nie wiadomo czy kiedykolwiek zaniesie, lub czy w ogóle wpadnę na taki pomysł”. Kupiłam więc bilet – z powrotnym z Delhi – by za bardzo się nie nudzić i przejechać parę krajów [jeszcze Nepal po drodze] bo Delhi jest w Indiach, jakby ktoś miał wątpliwości. Miała to być najdłuższa z moich dotychczasowych wypraw, wiec się porządnie jarałam. Teraz wiem, że źle to wykminiłam – szanse na nudę w Chinach są żadne, Indie też są niełatwie jak wiecie, a jak nie wiecie to naciśnijcie na pierwsze wiecie i wszystko stanie się jasne. Generalnie, nie miałam nawet chwili na bezemocjonalny oddech, a nawet jak miałam, to celebrowałam ten moment najdłużej jak się da, bo było ich tak niewiele.

Tuż przed wylotem miałam urodziny na które dostałam w prezencie od przyjaciółki weekend w spoko hotelu w Pekinie. Tam mieliśmy się spotkać – Filip i ja. Wylądowałam. Było szaro, smutno i ponuro. Zaczęło się dość niewinnie mimo, że samo dotarcie do hotelu nie było proste, i właściwie wtedy powinnam mieć już mocno zapalony sygnał awaryjny. Nie było szans na jakiekolwiek porozumienie. Taksówkarz mówił robakami, a ja wiadomo – po polsku. Po angielsku na nic się zdało, bo miało dokładnie ten sam efekt co po polsku. W Chinach [poza niewieloma miejscami w Pekinie, Shanghai’u no i może Chengdu – bo tam są misie panda] angielski jest właściwie bezużyteczny. Jasne – miałam adres hotelu – i to po chińsku , ale nadal dotarcie tam nie było wcale oczywiste! Coś się z tym adresem chyba nie zgadzało. Pan taksówkarz wiózł mnie przez gigantyczne obwodnice wybudowane pośród olbrzymich betonowych bloków znacznie bardziej przygnębiających niż te nasze z lat siedemdziesiątych. Wszystko było przykryte pierzynką smogu i naprawdę nie mogłam doczekać się spotkania z Filipem, bo zaczynałam obawiać się lekkiej depresji. Już samo lądowanie było depresyjne, bo podczas epidemii ptasiej grypy, więc wyjście na lotnisko zajęło nam jakieś trzy godziny – od momentu gdy chińscy zamaskowani “kosmici” zdezynfekowali samolot, zmierzyli nam temperatury. [wiem! dziś to jakby normalka, ale wtedy wydawało się wyjątkowo nieludzkie] przez przechodzenie miliona punktów kontrolnych z kolejnym mierzeniem temperatury i wszystkiego innego – co tylko było do zmierzenia – umieszczonych już na samym pustym lotnisku. Naprawdę nie mogłam się doczekać widoku Filipa, mimo, że, jakby to ująć, nasza przyjaźń do łatwych nie należy. Filip – już będąc w hotelu wysyłał mi instrukcje [po chińsku – do przekazania mojemu taksówkarzowi] jak dotrzeć, bo sam podobno ledwo tam dotarł. W końcu dotarłam i ja, uściskałam drania i poszliśmy ucztować. Trza było w końcu dobrze zjeść i się napić, bo to była nasza pierwsza wspólna – choć tym razem mini – podróż od czasów Ameryki Pd. [ z Filipem miałam spędzić tylko pare dni , a dalej jechałam już sama] A trzeba przyznać, że w Chinach da się dobrze, NAPRAWDE DOBRZE, zjeść.

Następne pare dni było zajebistych – wspólnie porównywaliśmy robaki na mapie i na znakach z nazwami ulic [wtedy brak było Google Maps i tym podobnych cudów], jedliśmy uliczne jedzenie i łaziliśmy po takich najnormalniejszych ulicach Pekinu. Pomimo ogólnie panującego smogu i lekko depresyjnej atmosfery, ludzie wydawali się wyjątkowo szczęśliwi. Masowo grali w szachy i ping ponga, ćwiczyli tai chi i wygibasy na publicznych siłowniach.

Wszystko niby grało, ale jednak coś było nie tak… Nawet odnalazłam taka wiadomość do Heleny – tej która zasponsorowała mi pierwsze dwie noce w Chinach.

Helen, umowilam sie z Filipem w double happiness courtyard hotel w poniedzialek rano:) Powiedział ze brzmi jak wypasiony dom publiczny:)

no i troche tak brzmi:) zobaczymy w co nas wpakowalas:)!!!

kurwa, boje sie tym razem!

pa! krogul

To jest dokładny cytat, bo wyszukałam go w moich mailach. Nie prowadziłam bloga wtedy, ale pisałam maile do znajomych, by wiedzieli co ze mną i jak sie mam.. i część tych maili sobie zachowałam. Dzięki temu mam trochę więcej wspomnień niż bym pomieściła w moim niepojemnym mózgu, więc pisząc to teraz , trochę do nich wracam. Moja wyprawa do Chin, to czasy kiedy nie było jeszcze translatorów w smartfonach, nie bardzo korzystało się z google maps i tych wszystkich udogodnień dla podróżników. Tak, byłam wtedy posiadaczką pierwszego w swoim życiu iphone’a, ale to czasy kiedy najważniejszym jego bajerem było połączenie ipod’a i telefonu – co i tak było sporym wydarzeniem. Wyruszyłam więc do Chin zaopatrzona w niezła listę kawałków do słuchania w podróży. Pech chciał , że mój świeżutki ipodotelefon kompletnie się zesrał (generalnie chyba na nim usiadłam zbyt gwałtownie) w ultraszybkim pociągu z Pekinu do Shanghai’u. I to był początek moich kłopotów z prawem w Chinach.

Wizja nie posiadania muzy w uszach przez ponad dwa miesiące mojej podróży była fatalna. Ale, ULTRAszybko, bo ultraszybkim pociągiem, dotarliśmy do  Shanghai’u  i następnego dnia odszukałam tamże…  serwis Apple. “W końcu tam muszo się znać na iphone’ach skoro je  wszystkie tam robią!!” Poszłam po pomoc, dotarłam… i prawie zostałam aresztowana. Czwartego dnia po przylocie był mój pierwszy raz. Okazało się, że iphone’y mimo, że w Chinach produkowane, nie są (były wtedy) tam legalne. Wręczyłam  panu w serwisie zepsuty telefon i natychmiast musiałam odpowiedzieć na milion pytań – skąd go mam, skąd jestem, dlaczego w Chinach mam iphone’a i milion podobnych. Jak już Panowie  doszli do wniosku,   że jestem po prostu turystką z zepsutym iphone’m [bo przecież – na pierwszy rzut oka – jestem typową Chinka, znudzoną życiem i szukającą atrakcji nielegalnym smartfonem w samym centrum wielkiego, inwigilowanego miasta], to mogłam sobie pójść. Bez pomocy, bez tracklisty i kontaktu ze światem, ale za to wolna [allelujah!]. I z minimalnym pojęciem jak mniej więcej będzie wyglądał następny miesiąc.

To była tylko gra wstępna.

ps. to nie będą tylko dwie części. …

cdn.